29.06.2016

Hold Onto Me || Rozdział 11 [JeanMarco]

I do not know why I would go in front of you and hide my soul, 'cause you're the only one who knows it. [...] I'm standing in front of you, I'm trying to be so cool, everything together trying to be so cool. 
Gdy zadzwonił telefon, Jean był w trakcie malowania.
Na niewielkim płótnie widniało dokładnie to, co znajdowało się w zasięgu jego oczu - fragment nagiej ściany, zaniedbany figowiec i okno, za którym rozpościerała się nowojorska, bezbarwna panorama. Marzec w tym roku naprawdę nie rozpieszczał, każdy dzień był tak samo ponury i nudny, ale Jean nie zamierzał wybrzydzać. Dziś nie wymagał od swojego obrazu niczego ciekawego, czy oryginalnego. Nie tworzył mając jakikolwiek cel, nie był nawet zainspirowany w najmniejszym stopniu. Chciał się najzwyczajniej w świecie odstresować, na co lepszego sposobu nie znał.
Metoda ta, jak zwykle, działa nienagannie, dlatego też bez nerwów wcisnął zieloną słuchawkę, a następnie tryb głośnomówiący.
- Co jest? - powiedział, co zabrzmiało wyjątkowo wyraźnie biorąc pod uwagę trzymany w ustach pędzel.
- Jesteś w domu?
Na dźwięk głosu Marco, serce momentalnie zabiło mu szybciej. Nie spodziewał się mieć dzisiaj żadnego kontaktu z piegusem. Przez milisekundę miał wrażenie, że straci opanowanie, zejdzie na zawał, cokolwiek. Zamiast tego spokojnie zamoczył pędzel w farbie i poprawił kontury okna. Może i uczucie do przyjaciela pogłębiało się, ale nie miało na niego już tak zgubnego wpływu, jak na początku.
- Jak zawsze - odparł i wrzucił pędzel do kubka z wodą. Na jego usta wpłynął mimowolny uśmiech.
- A mogę wpaść? - kolejne pytanie padło równie szybko, co poprzednie.
Jean, rozglądając się po pokoju, oszacował czy zdąży uwinąć się z malowaniem i ewentualnymi porządkami w dwadzieścia minut, gdyż tyle zajmował przejazd autobusem z mieszkania Bodta na 108th Street. Właściwie to nawet jeśli nie byłby w stanie się wyrobić, nie odmówiłby. Marco był jego największą słabością.
- Głupio się pytasz.
- Cieszę się.
Połączenie zostało przerwane nagle, od raz po wypowiedzianych przez bruneta słowach. Jean zamrugał dwukrotnie, zaskoczony. Cała ta rozmowa była dość nietypowa. Żadnej niezobowiązującej rozmówki, brak “cześć” czy “do zobaczenia”? To nie było do końca w stylu Marco, który zawsze był do bólu grzeczny (nawet jeśli do czynienia miał tylko z przyjaciółmi!) i nie szczędził czasu na rozmowach telefonicznych.
Jean prawdopodobnie zacząłby szukać w takim zachowaniu drugiego dna, gdyby tylko miał do tego okazję. Na szczęście, jego głupią paranoję zahamował dźwięk dzwonka do drzwi, którego przycisk został przytrzymany zdecydowanie zbyt długo. Niezwykle niezadowolony z tego faktu, zmarszczył brwi, ale skierował się w stronę przedpokoju. Komuś najwidoczniej bardzo zależało na dostaniu się do środka, więc w progu spodziewał się zobaczyć właściciela kamienicy, ewentualnie któregoś z sąsiadów.
Jakież było jego zdziwienie, gdy powitał go szeroki uśmiech Marco.
- Szybki jesteś - wykrztusił Jean, lustrując przyjaciela zmieszanym wzrokiem.
- Akurat przechodziłem - Bodt podrapał się zmieszany po potylicy, a blondyn wpuścił go do środka i zamknął drzwi. - Domyślam się, że się nie spodziewałeś - sugestywnie zerknął na to, co Jean miał na sobie, a mianowicie jedynie parę plażowych szortów.
- Co, Bodt, nigdy nie widziałeś ciała prawdziwego mężczyzny i jesteś w szoku? - odpyskował błyskawicznie Kirstein, odzyskując rezon i uśmiechając się półgębkiem. Póki miał na sobie bieliznę, a sytuacja nie była skrajnie nieodpowiednia, nagość go nie przerażała. Wpędzał tym często odwiedzających go znajomych w zakłopotanie i, oczywiście, zawsze sprawiało mu to kupę frajdy. Teraz nie było inaczej, nawet jeśli czuł, jak policzki zaczynają go piec, a serce gwałtownie przyśpiesza. Zawstydzenie swojego obiektu westchnień było wystarczającą nagrodą, za pokazanie mu nawet tych wszystkich wystających kości i zapadniętego brzucha, na które nie mógł nic poradzić i wyglądały tragicznie.
- No jakoś nie miałem okazji - Marco cmoknął z dezaprobatą, szukając punktu zaczepienia, byleby wzrok nie uciekł mu znowu na tors Jeana, który teatralnie napinał mięśnie, albo raczej to, co z nich zostało.
- Naciesz oczy póki masz okazję - artysta uśmiechnął się szerzej, po czym dostał w twarz czarną bluzą-kangurką, która (na szczęście dla Bodta) leżała na szafce na buty. - No zero z tobą zabawy - mruknął, ale posłusznie założył ubranie na siebie i podwinął rękawy, ukazując pomazane farbą przedramiona.
Marco teatralnie wywrócił oczami i zdjął kurtkę. Oparty o ścianę Jean przyglądał mu się uważnie, jak to miał w zwyczaju. Uwielbiał obserwować drobne szczegóły, które zmieniały się w wyglądzie bruneta w zależności od sytuacji, pogody lub pory dnia. Na przykład teraz, podziwiał piegate, lekko zaróżowione policzki i wilgotne od mżawki, przylepione do czoła, włosy. Lekko rozwarte wargi i ich uniesione kąciki, i...
- Czy ty płakałeś? - zapytał, nagle poważniejąc, gdy zwrócił uwagę na opuchnięte, przekrwione oczy.
Marco zamarł w połowie ruchu. Przez sekundę wyglądał, jakby chciał się rzucić do ucieczki, jednak zamiast tego westchnął ciężko i przeczesał palcami włosy niszcząc resztkę ładu, która na nich została.
- Musisz być taki spostrzegawczy?
- O to samo mógłbym zapytać ciebie - mruknął, mając na myśli to, że brunet nawet przez SMSy potrafił wyczuć jego parszywy nastrój. - Chcesz o tym pogadać czy-
- Nie - uciął gwałtownie Marco, nie zdając sobie nawet sprawy ze swojego ostrego tonu. Złapał się za usta, posyłając blondynowi przepraszające spojrzenie. Jean tylko uniósł brwi, nie chcąc się odzywać jako pierwszy, gdyż tylko idiota nie zauważyłby, iż Marco nie jest w humorze i resztkami sił stara się zachować pozory. - Domyślam, że się martwisz, ale to nic specjalnego, przysięgam - Bodt kontynuował, spuszczając wzrok. - Chcę przestać o tym myśleć, dlatego wpadłem. No, właściwie to na początku tylko spacerowałem, ale jakoś wylądowałem pod twoim blokiem...? Pewnie nie powinienem cię męczyć dzień przed wystawą, ale przy tobie zawsze czuję się lepiej i...
- Ej, w porządku - Jean uśmiechnął się na tyle pokrzepiająco, na ile potrafił. Ostatnie zdanie jakoś dotknęło go głęboko w środku. Poczuł się, jakby miał zaraz się rozpłynąć. Poczuł się wartościowy. Rzadko kiedy, to mu się przytrafiało.
Odepchnął się od ściany, podszedł do Marco i objął go ciasno ramionami. Zawsze miał ambitne plany zachowywać jak największy dystans, coby nie wynikła żadna niezręczna sytuacja, ale nie potrafił się powstrzymać. Lubił przytulać Marco, a Marco lubił być przytulany, a w tej sytuacji nic innego nie pasowało tak dobrze, jak długi uścisk.
- Jean... - mruknął piegus na bezdechu, zaskoczony.
- Możemy sobie posiedzieć, najwyżej opowiesz mi kiedy indziej. Albo w ogóle. Jak chcesz. - powiedział łagodnie, wsuwając nos w zgięcie szyi bruneta, chcąc choć przez krótką chwilę udawać, że jest dla Marco czymś więcej, niż po prostu przyjacielem.
- Spokojnie, ja raczej nie kryję smutków... W przeciwieństwie do niektórych - zanim Bodt odwzajemnił uścisk, pacnął karcąco Jeana w plecy, chcąc przez to przypomnieć, że przez ostatnich parę tygodni to właśnie on nie zdradzał powodów swoich gorszych dni.
Kirstein prychnął głośno.
Jakbyś wiedział, dlaczego ostatnio chodzę smutny - powiedział do siebie w myślach, choć cisnęło mu się to na usta - to równie dobrze mógłbym się już do ciebie nigdy nie odezwać. 
- To pokażesz mi, co malowałeś? - zapytał Marco, jak już się od siebie odkleili, wskazując palcem na ślady na rękach Kirsteina. Tym razem uśmiech na jego twarzy był szczery.
- Jutro naoglądasz się wystarczająco, ale pewnie nie mam wyboru?
- Nie bardzo.

• ♦ •

Choć Jean nalegał, Marco nie został nawet do wieczora. Zaraz po lecącym w telewizji filmie, na którym żadne z nich nie skupiało większej uwagi, wyszedł tłumacząc się poranną zmianą i wystawą, na którą Kirstein powinien porządnie wypocząć. Jean doskonale wiedział, że Bodt ma jutro wolne, a pokaz zaczyna się wieczorem, ale nie chciał naciskać. Jak na dłoni było widać, że coś jest nie tak i najwidoczniej brunet chce sobie z tym poradzić sam. Jean wiedział, że to nie wyjdzie na zdrowie żadnemu z nich, jednak na siłę i tak nie byłby w stanie zdziałać czegokolwiek. Pozostało mu jedynie cieszyć się, że miał możliwość poprawienia przyjacielowi humoru. Gdy wychodził, jego uśmiech był szeroki, prawdziwy, a oczy wesołe i bez śladu zmartwień.
Obrazu, którego tego dnia malował, wyjątkowo nie schował do szafy, nie zakrył, ani nie zniszczył. Patrząc na niego czuł iskierkę dumy i zadowolenie, które prawdopodobnie miało prawo bytu tylko dzięki pochlebnemu komentarzowi Marco. Nawet ten cichy głos z tyłu głowy, który ciągle powtarzał, iż nie powinien słuchać się piegusa, bo ten nie zna się na rzeczy, nie miał nic do gadania. Postawił płótno pod ścianą, po czym skierował się do łóżka. Był w stu procentach pewien, że dzisiaj (albo przynajmniej nie przed czwartą rano) nie zaśnie, jednak SMS od Marco z jakże prostym “miłej nocy”, nakłonił go do chociaż podjęcia próby odpoczynku.

• ♦ •

Cały, następny dzień frustrował i denerwował Jeana już od samego początku. Galerie Richard znajdowała się prawie po drugiej stronie miasta, dlatego też w celu upewnienia się, że artysta dotrze tam na czas, Historia nie mogła sobie darować popisowej pobudki Jeana o jedenastej rano, do której ochoczo przyłączyła się Ymir. Zrzucony z łóżka wraz z materacem i wciśnięty w najlepszy (jedyny?) garnitur, jaki miał, Kirstein nie był najszczęśliwszym człowiekiem świata, ale na pewno najbardziej niewyspanym i wściekłym na wszystkie lesbijki chodzące po tej planecie. Dodatkowo waga, jaką każdy przywiązywał do tego dnia, sprawiała, że miał ochotę wymiotować i zapewne zrobiłby to, gdyby tylko zjadł cokolwiek. Choć sam się stresował, jak przed każdym podobnym wydarzeniem, nie traktował go jakoś wyjątkowo czy nawet poważnie. Ot co, kolejna okazja na pokazanie swoich prac oraz zdobycie odrobiny rozgłosu. Zdarzało się już wcześniej, nie był nowicjuszem ani naiwnym idiotą. Doskonale wiedział, że dziś nie zmieni się nic, poza co najwyżej stanem jego konta bankowego.
Jedynym jego pocieszeniem było aktualnie towarzystwo Marco.
Do wąskiego wachlarzu rzeczy, które Kirstein był w stanie znieść, zdecydowanie nie zaliczali się ci wszyscy biznesmeni, inwestorzy oraz bogacze odwiedzający prestiżowe galerie. Brali oni udział w takich wydarzeniach dla własnej pożywki - wywęszyli źródło zysku, potrzebowali okazji do pokazania się publicznie lub skusił ich darmowy alkohol. Praktycznie żaden z nich nie był zainteresowany sztuką ani rozwojem młodych artystów. Zawsze stali z kieliszkiem wina w ręce, uśmiechali się sztucznie i słuchali opowieści o obrazach. Ci sprytniejsi dorzucali czasem swoje trzy grosze lub wypisywali hojne czeki, choć tak naprawdę woleliby wrócić do swojej żony czy kochanki. Jean rozumiał ich, bo sam chciałby w tym czasie także leżeć w ciepłym łóżku, ale nie zmieniało to faktu, że nimi gardził. Historia zazwyczaj nie miała czasu na dotrzymywanie mu towarzystwa, a reszta znajomych ulatniała się tylko jak słyszała słowo “kompozycja”, “perspektywa” albo “światłocień” i był zdany tylko na siebie. Miał szczerą nadzieję, że Bodt nie postąpi podobnie i dodatkowo weźmie część cierpienia na siebie. Jean miał wrażenie, że barista jest w stanie dogadać się z każdym, więc może i to zniesie bezproblemowo?
- Hej, ziemia do gwiazdy wieczoru! - krzyknęła Ymir z przedniego siedzenia auta Historii, a gdy Jean spojrzał na nią, rzuciła mu w twarz kulką z opakowania hamburgera. Kirstein w odezwie kopnął w fotel tak mocno, że dziewczyna uderzyła głową w tapicerkę. Może i odsunięcie jego myśli od osoby Marco było na miejscu, ale rzucanie kulkami, gdy dopiero co ułożył włosy? Co to, to nie.
- Ej, spokój! - wyjątkowo stanowczy głos Historii sprawił, że Ymir zatrzymała się w połowie ruchu, z ręką na klamce. Kolejnym jej posunięciem byłoby otworzenie drzwi z rozmachem i wyciągnięcie Jeana z samochodu za szmaty po to, by dla któregoś z tej dwójki dzień nie skończył się zbyt dobrze. - Pognieciecie sobie garnitury - dodała, oskarżycielsko patrząc to na swoją dziewczynę, to na artystę.
- Może wtedy pozwoliłabyś mi się przebrać w coś normalnego - prychnęła brunetka, zakładając ręce na piersi.
- Nie. Wyglądasz w tym zbyt dobrze, musi dotrzymać nocy - Historia uśmiechnęła się tak pogodnie, że aż ciężko było uwierzyć w to, co właśnie powiedziała.
- Ohydne - rzucił cicho Kirstein, choć w myślach przyznał blondynce rację. Komplet składający się z grafitowej marynarki i tego samego koloru spodni, leżał na Ymir prawdopodobnie po stokroć lepiej, niż jakikolwiek na nim samym. Nawet teraz miał wrażenie, że nie sięga jej do pięt. Osoba, która zaprojektowała jego drogi, uszyty na miarę garnitur w białą kratę i starannie dobrała do niego koszulę wraz z krawatem, z pewnością nie byłaby zadowolona z takiej opinii.
- Ohydny to co najwyżej może być-
- Wysiadać. Siedzimy w tym samochodzie od piętnastu minut jak nienormalni - Historia westchnęła głośno, chyba po raz setny tego dnia przeszkadzając tej dwójce w sprzeczce.
- Naprawdę musimy być tutaj przed czasem? - zapytał Jean, wyglądając niechętnie za okno. Choć dalej nie potrafił w pełni zwalczyć swojego strachu przed samochodami, teraz wolał posiedzieć w nim chwilę dłużej i dopić kawę ze Starbucksa, którą kupiła mu po drodze Historia, coby przestał zrzędzić.
- Teoretycznie nie, ale praktycznie... Musimy udawać, że chcemy tu być i nam zależy.
- A co jeśli ja nie chcę tu być, ani mi nie zależy?
- Słowo kluczowe, Jean. Udawać. - Wyjaśniła, po czym wyrwała artyście kubek z ręki. - Idziemy, albo już tego nie odzyskasz.

• ♦ •

Galerie Richard, choć znana i lubiana w kręgu artystów, znajdowała się w przeciętnej dzielnicy i kryła się we wnęce pomiędzy typowymi, nowojorskimi kamieniczkami ze sklepami. Nie prowadziły również do niej żadne znaki, właściciel nie pokusił się nawet o dobrze widoczny szyld - był prosty, biały i z czarnym napisem, zawieszony pod czymś, co przypominało rusztowanie elewacyjne. Drzwi do środka natomiast były wielkie, szklane i oświetlała je jedynie mała jarzeniówka. Od razu można było zobaczyć, co owe miejsce ma do zaoferowania - przytłaczającą, sterylną pustkę białych ścian. Jean cenił sobie minimalizm, ale w tym przypadku uznał, że ktoś nieźle przesadził. Oczywiście, w takich miejscach najważniejsze były prace artystów, ale to nie oznaczało, że pomieszczenie musi wyglądać, jak szpitalne korytarze.
Może tłok sprawi, że wrażenie przestanie być tak natarczywe?
W środku krzątali się pracownicy, rozstawiali stoły z przekąskami, głośniki i dokonywali ostatnich zmian pomiędzy rozwieszonymi obrazami. Jean zauważył, że kobieta z włosami upiętymi w ciasny kok, niesie jeden z jego obrazów. Uśmiechnął się do niej ładnie, a ona tylko spuściła głowę, zarumieniona.
Następne dwie godziny spędził na udawaniu, że z uwagą słucha oprowadzającego artystów oraz ich menadżerów po galerii dyrektora, który z zapałem tłumaczył organizację imprezy. Jeana nie bardzo to obchodziło - zlokalizował już swoją strefę oraz najbliższy stół z alkoholem i przekąskami, to wystarczało mu w zupełności. Kolejne sto dwadzieścia minut nudził się podwójnie, a czas dłużył mu się potrójnie. Flirtująca z Historią Ymir stała się denerwująca, a formalności przytłaczające. Nie mógł się doczekać wielkiego otwarcia, a gdy w końcu wybiła godzina siedemnasta, żałował swoich pragnień i zaczął odliczać sekundy do końca, coby zająć czymś myśli.
Zaraz po wszystkich grubych rybach w świecie sztuki Nowego Jorku, zaczęli schodzić się rodzina i przyjaciele malarzy, w czym znajomi Jeana. Choć nie dał tego po sobie poznać, cieszył się na ich widok, nawet jeśli, póki co, nie było z nimi Marco, który miał się chwilę spóźnić. Zamiast tego zaciągnął ich do swojego kącika, poczęstował alkoholem i użył jako tarczy przed mężczyznami i kobietami ze świata biznesu. Nie odpuścił sobie też narzekań, z których albo śmiali się nieco zbyt głośno, albo przytakiwali i próbowali pocieszyć blondyna.
Wszystko było w porządku do czasu, gdy pojawiła się Viviane wraz z jej nowym chłopakiem. Wówczas prawie wyszedł z siebie.
- Boże, mamo! Nie przy mnie! - syknął jej do ucha, gdy Ethan (Evan? Nathan? Nie zapamiętał, nie za bardzo go to obchodziło. I tak nie zostanie w rodzinie zbyt długo.) poszedł po kolejny kieliszek wina.
- Ale o co ci chodzi, kochanie? - kobieta spojrzała na niego rozbawiona. Doskonale potrafiła udawać, że wcale nie szeptała sobie wraz z facetem nieodpowiednich słów, ani nie miziali się w trochę zbyt zauważalny sposób.
- O wszystko! - machnął ostentacyjnie rękami.
- Może ty zazdrosny jesteś, że się tak rzucasz?
- Tak, z pewnością o ciebie.
- To może o to, że moje życie uczuciowe jest takie barwne?
Jean już otwierał usta, by odpyskować rodzicielce tak chamsko, jak tylko pozwalały na to jego zdolności, gdy telefon w marynarce zaczął wibrować.
- O, widzisz mamo? Dzwoni moja randka uratować mnie z tej karuzeli upokorzenia - pomachał Viviane komórką przed nosem.
- Randka? - uniosła podejrzliwie wyregulowaną brew.
- Tak, i to lepsza od tej twojej - prychnął i oparł się o pusty kawałek ściany. Jakaś kobieta posłała mu niezadowolone spojrzenie, na co on pomachał identyfikatorem informującym o tym, że jest rozkapryszonym artystą i nikt nie będzie mu dyktował warunków. - Co jest, Marco? - powiedział już łagodniej do słuchawki, na co mama zaśmiała się głośno.
- Cóż Jean, myślałam, że wcześniej przyprowadzisz mi chłopaka do domu - powiedziała wesoło Viviane, zbliżając usta do telefonu.
Do Jeana dopiero wtedy dotarło to, co przed chwilą powiedział do kobiety. Nazwał Marco swoją randką, jakby była to najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Poza tym, nie było szans, żeby brunet tego nie usłyszał.
Cholera.
- Mamo! - jego krzyk zwrócił uwagę paru osób, które popatrzyły na niego jak na skończonego idiotę, którym w tym momencie definitywnie był.
- No co? - Viviane rozłożyła ręce.
- Um, chyba nie ogarniam, gdzie powinienem iść? - zmieszany głos piegusa przerwał Kirsteinom. Jean, choć wolałby teraz zapaść się pod ziemię, skupił całą swoją uwagę na nim. - Na pewno podałeś mi dobry adres?
- A gdzie jesteś? - zapytał, przecierając twarz dłonią. Chyba nie nawalił i nie podał Bodtowi adresu na drugim końcu miasta? Choć z drugiej strony... Po takim tekście, może i byłoby lepiej? Co ten biedny chłopak musiał sobie pomyśleć?
- Orchard Street. Tak przynajmniej mi się wydaje.
- Och, to w porządku - Jean jeszcze nie wiedział, czy mu ulżyło. - Zaraz po ciebie wyjdę, poczekaj. Trochę trudno tu trafić. - dodał, po czym się rozłączył. - Co to w ogóle miało znaczyć?! - wrócił do swojego normalnego tonu głosu, gdy schował telefon z powrotem do kieszonki i zwrócił się do matki.
Viviane tylko wzruszyła ramionami. Blondyn postanowił sobie odpuścić i skierował się w stronę wyjścia z galerii czując, jak poliki płoną mu żywym ogniem.

• ♦ •

Jean potrzebował chwili, by na zewnątrz dostrzec Marco.
Odruchowo, wśród licznych przechodniów, szukał osoby w niebieskiej kurtce i ciemnych jeansach, i dopiero po chwili, gdy zdążył już zmarznąć, dotarło do niego, że Bodt obiecał ubrać się odświętnie. Wówczas znalezienie piegatego bruneta w garniturze stało się kwestią paru sekund - stał kawałek dalej po drugiej stronie ulicy, zamyślony, z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni.
Choć chłodne powietrze zdążyło już otrzeźwić Jeana, wolał nie ryzykować, by rumieniec dalej gościł na jego twarzy, a głos się załamał przy próbie rozmowy. Szedł więc powoli, nie spuszczając wzroku z przyjaciela, który nie zwrócił jeszcze na niego uwagi. Kirstein doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że za dużo się gapi i każdy przeciętny człowiek uznałby go za jakiegoś odrażającego prześladowcę, jednak nie potrafił się powstrzymać. Marco zasługiwał na wszystko co najlepsze, a więc na pewno na taką ilość uwagi oraz określanie go w myślach jako pięknego i przystojnego.
- Co jest na tyle ciekawsze ode mnie, że aż tak odpłynąłeś? - blondyn odezwał się dopiero, gdy od Bodta dzielił go dystans na wyciągnięcie ręki. Chłopak podskoczył zaskoczony, odwracając się błyskawicznie w stronę, z której dochodził głos.
- Oczywiście, że nic - Marco rozpogodził się, skupiając całą swoją uwagę na artyście. Ubrany był schludnie i prosto, w białą koszulę z muchą oraz czarną, nieco za dużą marynarkę, a włosy zaczesał nieco do tyłu. Na nikim prawdopodobnie taki strój nie zrobiłby większego wrażenia, ale Jean czuł, jak nogi miękną mu w kolanach.
- Ej no, nie musisz nic przede mną ukrywać. Ładny jest, jak ma na imię? - zażartował, ignorując w ten sposób swoje skrępowanie i zachwyt, jaki ogarniał go, gdy patrzył na Marco.
- Imię ma bardzo ładne i oryginalne - zaczął brunet, podejmując grę i posyłając Kirsteinowi zawadiackie spojrzenie. - Jean. Jego mama jest przekonana, że przyprowadzi mnie dzisiaj do domu.
- O nie, Bodt! To był cios poniżej pasa! - blondyn pogroził Marco palcem, ignorując rumieniec, który po raz kolejny tego dnia postanowił go upokorzyć. Barista najwidoczniej nie zauważył go w znikomym, wieczornym świetle i przyłożył dłoń do twarzy w teatralnym geście zmartwienia.
- Sądzisz, że nie powinienem tego robić? Tak na pierwszej randce z chłopakiem na noc...
- Nie za dobry masz dzisiaj humor? - warknął Jean, nie mogąc jednak powstrzymać kącików ust, które mimowolnie podniosły się ku górze. Zawsze wydawało mu się, że żartowanie w ten sposób, gdy jedna osoba jest beznadziejnie zakochana w tej drugiej, musi być bolesne. Teraz nie czuł jednak żadnego smutku czy zmartwienia. Uśmiech Marco wynagradzał wszystko.
- Sądzę, że jest sam raz - Bodt patrzył na niego z góry, dumny z siebie. - A twój? Jak wystawa?
- Nudno, więc teraz mogę umrzeć z radości, że przyszedłeś.
- No kto by pomyślał. Jakiś czas temu nie byłeś za bardzo zadowolony, że Sasha mnie zaprosiła.
- Ludzie się zmieniają - prychnął, zakładając ręce na piersi. - Idziemy czy wolisz zostać księżniczką, która zmieni się na najbliższe siedemdziesiąt lat w bryłę lodu na środku Manhattanu?
- Prowadź, ty mój księciu od siedmiu boleści - oparł Marco, a Jean trzepnął go w ramię, robiąc obrażoną minę.
Kirstein czuł ogromną satysfakcję, gdy przechodził na przód kolejki, a stojące w niej osoby rzucały mu nienawistne spojrzenia. Marco, którego na szczęście Historia nie zapomniała wpisać na vipowską listę, cieszył się z tego już mniej dopytując się, czy to aby na pewno w porządku. Jean uciszył go machnięciem ręki i przepuścił przodem w drzwiach.
Już od wejścia, podekscytowany Marco zachwycał się licznymi obrazami, a Jean żałośnie zauważył, że nawet teraz, w pomieszczeniu pełnym potencjalnych dzieł sztuki, wolał patrzeć na niego. Starał się również przekazać przyjacielowi wszystko, co zapamiętał o obrazach, które go zainteresowały. Na szczęście Bodt ignorował istnienie owoców zafascynowania sztuką nowoczesną, gdyż co najwyżej Kirstein mógłby popluć się ze złości. Załapali się nawet na rozmowę pomiędzy dyrektorem galerii, Erwinem Smithem a jednym artystów, którego prace dzisiaj również były wystawiane. Jean, który zebrał wówczas liczne komplementy, puszył się dumnie i nosił głowę wysoko, a gdy rozbawiony Marco zwrócił mu uwagę na brak skromności, z krzywym uśmiechem rzucił tylko, że prawdziwa sztuka nie pierdoli się z pruderią, co było cytatem z jednej z ostatnio przeczytanych przez niego książek.
Czas mijał im miło i spokojnie, jednakże nie dane było im cieszyć się zbyt długo swoim towarzystwem.
- Jean! Szukam cię od prawie godziny! - usłyszał za sobą znajomy głos, należący do Sashy. Zastanawiał się, czy jeśli padnie na ziemię i będzie udawał trupa, to Braus da mu spokój. Koniec końców uznał, że pewnie pożywi się jego zwłokami, więc postanowił przyjąć sytuację na klatkę, jak na prawdziwego faceta przystało.
- Nie mogłaś szukać jeszcze chwilę dłużej? - sarknął, co dziewczyna zignorowała, gdyż cały jej wzrok skupił się na Marco.
- A więc to ciebie namalował! - wskazała na niego oskarżycielsko palcem, a na jej twarzy pojawił się wyraz skrajnego zadowolenia. Jean żałował, że jednak nie spróbował sztuczki z symulowaniem śmierci. - Musisz być Marco!
- Tak, to ja - chłopak uśmiechnął się łagodnie, choć nie miał bladego pojęcia, o czym dziewczyna mówi. - A ty to pewnie Sasha...?
- Uroczy i bystry! No brawo, Jean, choć raz ci się coś w życiu udało - powiedziała, pokazując język Kirsteinowi, który spoglądał na nią z nienawiścią. - Nie pogniewasz się, jak ci go ukradnę na chwilę?
- Pogniewam - odparł, zaciskając zęby.
- Nie? To świetnie - dumna z siebie, złapała Marco pod ramię. - Pewnie nie zabrał cię do swoich bazgrołów, hę? - zapytała, a brunet nieśmiało pokręcił głową. Dziewczyna była tak energiczna, że nieco go przytłaczała. - No to idziemy!
- Sasha...
- Do później Jean! - powiedziała wesoło, machając do grupki stojącej nieopodal, w której znajdowała się reszta ich wspólnych znajomych. Pociągnęła Bodta za sobą, a ten popatrzył przepraszająco na Kirsteina przez ramię.
Artysta westchnął w ramach kapitulacji i zaczepił jednego z kelnerów, biorąc od niego kolorowego drinka. Mógł się spodziewać, iż dane będzie mu upić się w samotności.
Gdy już zaakceptował swój los z niemałą pomocą dwóch szklanek alkoholu i obserwował swoich przyjaciół z oddali upewniając się, że nie zjadają właśnie Marco żywcem, zaczepiła go Historia.
- Rozchmurz się, panie artysto - powiedziała, układając głowę na ramieniu blondyna, po czym podała mu jeden z dwóch kieliszków białego wina. Chłopak przyjął go z wdzięcznością i odstawił swoje, puste naczynie na stolik.
- Jakbym miał jeszcze powody... - oparł policzek na głowie przyjaciółki uważając, by nie popsuć jej fryzury.
- Masz ich dużo, głupku.
- Na przykład jakie?
- Rosnący sukces, jakbyś jeszcze jakimś cudem nie zauważył? - ręką wykonała gest półkola, wskazując tym samym na całą salę. Kirstein tylko wywrócił oczyma. - Okej, nie to nie. Ale pewna osoba musi być dobrym powodem do uśmiechu, nie sądzisz? - To najwidoczniej przekonało Jeana bardziej, gdyż skrzywił się, co miało być oznaką radości. Historia zachichotała. - Jest cudowny!
- Ta, też to zauważyłem. Aż za dobrze - wziął głęboki łyk napoju, wlepiając wzrok w plecy Marco, który zaczynał czuć się już swobodniej w towarzystwie.
- A jaki rozkoszny i milutki! Gdyby nie to, zapewne bym powiedziała, że przypomina męską wersję Ymir.
- Dobra robota, Christa. Oby tak dalej to może się odkocham - prychnął, sprzedając dziewczynie pstryczka w czoło.
- Milusi jak stado komarów.
- A nawet szerszeni.
Stali tak jeszcze przez chwilę, milcząc i przyglądając się piegusowi. Historia łagodnie się uśmiechała, a Jean pił wino. Gdy skończył, westchnął teatralnie oraz poprosił kelnera o kolejny kieliszek dla siebie i przyjaciółki. Blondynka odmówiła, jednak to nie powstrzymało go od wzięcia obu i opróżnienia ich w zastraszającym tempie. Historia trzepnęła go w rękę, gdy zamierzał wziąć jeszcze jeden.
- Czy ja mam cię przez resztę wieczoru pilnować, żebyś był w stanie wrócić o własnych siłach do mieszkania? - zapytała, a Jean tylko prychnął w odpowiedzi, rozmasowując przy okazji dłoń. Blondynka może i nie wyglądała, ale siły miała sporo. - Straciłeś gardę i zobacz co przegapiłeś - dodała ciszej, kiwając głową w stronę Marco, który akurat odłączył się od grupy i szedł w ich stronę zdecydowanie zbyt żywym krokiem.
Kirstein uśmiechnął się półgębkiem, a gdy brunet był wystarczająco blisko, by być w stanie go usłyszeć, powiedział:
- Nie zamordowali cię, jestem w szoku.
- Może nie, ale jeszcze chwila i byłbym pijany - zaśmiał się cicho i w tym samym momencie zauważył stojącą obok Jeana dziewczynę. - Oh, cześć! - przywitał się, błyskawicznie podając jej rękę. - Marco, przyjaciel Jeana.
- Historia, jego menadżerka - również przedstawiła się z szerokim uśmiechem, ściskając wyciągniętą dłoń. - Niektórzy tutaj nie mieli tego szczęścia i upili się niemalże kompletnie - wskazała na Kirsteina, który nie był z tego faktu zadowolony.
- Nie jest tak źle, wal się.
- Skoro tak sądzisz - spojrzała na niego z powątpiewaniem, po czym ponownie zwróciła się do Bodta. - Miło poznać, ale powinnam poszukać mojej dziewczyny bo mam pewne podejrzenia, że z nią może być gorzej - powiedziała i poklepała Jeana po ramieniu. - Zostawiam tego tu pod twoją opieką.
- Chyba sprostam temu zadaniu.
- Nie potrzebuję niańki - Jean odezwał się dopiero wtedy, gdy dziewczyna odeszła, uprzednio puszczając mu oczko. Jej wzrok mówił “miłej zabawy, nie mam zamiaru wam przeszkadzać”.
- Skoro tak sądzisz - Marco powtórzył słowa blondynki, rozkładając ręce. - Ale pewnie nam obu przyda się przerwa od alkoholu. - Jean nie miał zamiaru się z nim kłócić. - A tak nawisem mówiąc, twoi znajomi naprawdę są świetni.
Artysta popatrzył na niego z uniesioną brwią i prychnął wymownie.
- Czy na pewno poznaliśmy tych samych ludzi?
- Tak, mogę się założyć - Marco zignorował lekceważący ton Kirsteina i postanowił zmienić temat. - Byli bardzo mili i pokazali mi pewien bardzo, bardzo specjalny obraz, który ktoś chyba próbował przede mną ukryć. - powiedział, wlepiając w niego niewinne spojrzenie - Może wiesz coś o tym?
- Nie, nie sądzę - odparł Jean spokojnie, choć w środku czuł, jak sypie się na kawałeczki. Odwrócił głowę i wlepił wzrok w swoje buty, a grzywka przysłoniła mu oczy.
Jean miał ambitny plan trzymania Marco z dala od tego obrazu. Bał się, że chłopak rozpozna w nim za dużo - wszystkie tłumione emocje, niewypowiedziane słowa. Zbrodnie, którą było zakochanie się w najlepszym przyjacielu. Był to jedyny czynnik, przez który Marco nie został od razu zaproszony na otwarcie wystawy. A gdy zaproszenie już dostał, Jean chciał odwracać uwagę od owego płótna. Poza tym istniała możliwość, że brunet po prostu nie rozpozna siebie. Styl malowania Kirsteina był specyficzny i niewyraźny, a dobrane kolory mogły nieźle zmylić. Nadzieja matką głupich, a że Jean był jej ulubionym dzieckiem, musi teraz nauczyć się z tym żyć.
- To szkoda - ton Bodta był wyjątkowo łagodny, nawet jak na niego. - Nawet nie mam słów, które chciałbym użyć w rozmowie z jego autorem. Właściwie to jestem w szoku, że teraz jakoś mówię po zobaczeniu go. Nie wiem czy kiedykolwiek widziałem coś tak ładnego i-- Cholera, Jean. Popatrzyłbyś na mnie przez chwilę - cmoknął z dezaprobatą. Jean prychnął, nie zmieniając punktu zaczepienia dla swojego spojrzenia. Brunet, zbliżając się do końca granicy tolerancji rozkapryszonego zachowania, delikatnie złapał przyjaciela za podbródek, zmuszając go tym samym do popatrzenia mu w oczy. Odgarnął mu włosy z twarzy i sprzedał pstryczka w nos.
- Ała - blondyn zmarszczył nos, dalej unikając popatrzenia Marco w oczy i zamiast tego gapił się bez celu na jego muszkę. - Może tak przejdziemy do rzeczy, co?
- Okej - piegus wzruszył ramionami i puścił podbródek Kirsteina. - Connie powiedział, że strasznie się wkurzałeś, gdy Historia chciała zabrać obraz na wystawę. Nie mam pojęcia dlaczego się tak zachowałeś, ani dlaczego nie pokazałeś mi tego portretu i znając życie się już nie dowiem. Ale wiesz co? Nieważne, bo to nie jest potrzebne mi do szczęścia. Wystarczy, że jednak zobaczyłem ten portret i będzie mnie to pewnie trzymało przy dobrym humorze przez najbliższe kilka dni, jeśli nie tygodni.
Wokół kręciło się tylko parę osób, które nawet nie zwracały na nich uwagi. Dlatego też Marco, bez żadnej krępacji, zahamowań czy troski o brak powietrza co niektórych, mocno przytulił Jeana.
- E-ej! - blondyn speszył się jeszcze bardziej i zamachał rękami, jakby miało go to w jakiś sposób uratować. Jego policzki, które powoli pokrywały się rumieńcem odkąd Marco otworzył usta, były koloru dojrzałego pomidora.
- Dziękuję - powiedział Bodt, ignorując fakt, iż artysta miota się jak ryba wyciągnięta z wody. - Ten obraz jest przepiękny. Naprawdę, naprawdę dziękuję. Ale nie tylko za niego. Za to, że ciebie mam. Nawet jeśli jesteś skończonym idiotą.
Po chwili, blondyn ochłonął na tyle, by przestać się szarpać i odwzajemnić uścisk, który trwał jeszcze niecałą minute. W tym krótkim czasie, cały niepokój opuścił go. Marco nic nie zauważył. Poczuł, jak zaczyna wypełniać go spokój i szczęście. To, co mówił Bodt zawsze trafiało go w najgłębsze zakątki serca oraz sprawiało, że miał ochotę skakać i krzyczeć. Z radości.
- To ostatnie nie było zbyt miłe - powiedział, gdy brunet w końcu odkleił się od niego. Przetarł ukradkiem oczy, gdyż odniósł wrażenie, że napłynęły mu do nich łzy.
- Sorki. Nauczyłem się bezkompromisowej szczerości od ciebie - uśmiech na twarzy Marco był jaśniejszy niż tysiące słońc. Jean pomyślał, że chciałby oglądać go do końca swych dni.
- Czasem cię nienawidzę.
- Kochasz mnie - stwierdził Bodt, wzruszając ramionami. Artysta aż drgnął.
Oh, człowieku. Nawet nie wiesz jak bardzo. 
- Ta, chciałbyś - odparł, unosząc podbródek do góry, starając się wyglądać zawadiacko. Z rumieńcem nie za bardzo mu to wyszło. - Nie chciałbyś się stąd wyrwać? - zapytał, gdy Marco przestał się już z niego śmiać. Przypomniał sobie wówczas o pewnej rzeczy, którą miał w kieszeni.
- Miałem cię pilnować - brunet zmarszczył brwi. - Myślę, że do tej obietnicy wlicza się także zabronienie ci ucieczki z budynku.
- Nie musimy nawet wychodzić z galerii - Kirstein machnął na niego ręką. - Wystarczy, że znikniemy tym wszystkim ludziom z oczu na chwilę.
- Co ty kombinujesz?
Uśmiech, który pojawił się na ustach Jeana był niepokojący.
- Zobaczysz.

• ♦ •

Marco nie protestował, gdy palce Jeana zacisnęły się ciasno wokół jego nadgarstka, hamując dopływ krwi do dłoni. Uznał, że jeśli może w jakiś sposób poprawić artyście humor, przeżyje nieprzyjemne uczucie i ewentualny, chwilowy brak władzy w ręce.
Nie okazał oporu, gdy Jean przeciągnął go przez całą salę, potrącając przy tym kilka osób. Obracał się jedynie, rzucając ludziom pełne poczucia winy spojrzenia, a jeśli tamci nie wyklinali na nich i samego boga, szeptał nawet szczere przeprosiny.
Nie powiedział słowa sprzeciwu, gdy Jean pewnie pchnął drzwi z tabliczką z napisem “TYLKO DLA PERSONELU” i kontynuował drogę ciemnym, pustym korytarzem. Brunet nie sądził, że będą mieć kłopoty nawet jeśli ktoś ich tutaj znajdzie, jednak wydało mu się to skrajnie nieodpowiednie i niegrzeczne. Kirstein, który takowych wątpliwości nie posiadał, musiał wyczuć zawahanie w postawie przyjaciela, bo odwrócił się i wyjaśnił, że dzisiaj już tutaj był i Marco nie musi się niczym martwić. Poprosił go, by mu zaufał, a Bodt nie miał żadnych powodów, by tego nie zrobić.
Był spokojny również, gdy został wepchnięty do małego pomieszczenia i potknął się o coś leżącego na ziemi. Jean zapalił światło, a jego oczom ukazała się masa pudeł, ram i skrzynek. Schowek? Prawdopodobnie. Kirstein zamknął za nimi drzwi, uprzednio sprawdzając czy korytarz, który zostawili za sobą, dalej pozostał pusty. Najwidoczniej tak było, gdyż usiadł na podłodze pod ścianą, uśmiechając się iście szatańsko i wyciągnął coś z wewnętrznej kieszeni marynarki.
Był to pierwszy moment, w którym Marco się zawahał i ogarnęły go wątpliwości. Jean trzymał w palcach zapalniczkę typu zippo i mały, foliowy woreczek. Jego zawartość na pierwszy rzut oka wyglądała jak robione w domu papierosy z białym filtrem. Otumaniony alkoholem umysł potrzebował chwili, żeby połączyć fakty.
- Czy to jest marihuana? - zapytał, spoglądając niepewnie na blondyna.
- Tak mi się wydaje - Jean wzruszył ramionami i poklepał miejsce obok siebie. - Chodź.
- Wiesz, że nie jestem fanem palenia - Marco nawet nie drgnął, na co artysta wywrócił oczyma.
- Tu przecież nie ma nikotyny - pomachał woreczkiem w powietrzu, po czym wyciągnął z niego jednego jointa i obejrzał go dokładnie. - Sama natura, działania lecznicze i inne takie. Nie zaszkodzi nam.
- Skąd ty to w ogóle masz?
- Od Connie’ego. Teoretycznie dostaje to w celach zdrowotnych, ale w praktyce lubi się czasem zjarać. Dał mi jako prezent z okazji wystawy.
- Boże, Jean...
- No co? - podniósł wzrok na przyjaciela. - Ja wiem, że jesteś poprawnym obywatelem stanu Nowy Jork, ale nic się nie stanie, jeśli choć raz nagniesz zasady. Zrób to dla mnie. Jaranie w samotności to takie frajerstwo.
- Ale... - Marco zawahał się, nie mogąc znaleźć argumentów. W końcu powiedział pierwsze, co mu przyszło na myśl. - Można się uzależnić, halucynacje!
- Przez jednego skręta? Nie dramatyzuj - Jean popatrzył na niego z politowaniem, bawiąc się zapalniczką. - Proooszę, zapal ze mną.
Marco nie mógł powiedzieć, że tego nie chciał. Odkąd pamiętał, cichy głos w jego głowie nakłaniał go, by złamać jakąś zasadę i przestać być tym idealnym chłopcem z sąsiedztwa. Choć w towarzystwie Jeana owy głos był lepiej słyszalny, jeszcze nigdy się nie złamał. Aż do teraz.
Z westchnieniem, oparł się o ścianę obok Jeana i zjechał po niej, nie przejmując się tym, jak zniesie to jego garnitur.
- Robię to tylko dlatego, że dziś jest twój wielki dzień.
- Wiedziałem, że się złamiesz - powiedział Jean wesołym tonem, szturchając go w ramię, po czym odpalił blanta i zaciągnął się nim jako pierwszy. Wbił rozbawione spojrzenie w Marco, który uważnie mu się przyglądał. Po paru sekundach, przymknął oczy i powoli wypuścił mlecznobiały dym z płuc. Zapach był mocny i charakterystyczny, zupełnie niepodobny do tego papierosowego.
Powtórzył czynność jeszcze raz, po czym podał jointa brunetowi. Chłopak trzymał go dziwnie, w wyjątkowo nienaturalny sposób. Zaciągnął się, chcąc naśladować Kirsteina, jednak marnie mu to wyszło. Zakrztusił się i zaczął kaszleć tak donośnie, że Jean przestraszył się.
- Spokojnie, spokojnie! - powiedział, klepiąc przyjaciela po plecach.
Marco, gdy w końcu udało mu się uspokoić oddech, schował głowę między kolanami. Zrobiło mu się niesamowicie głupio.
- Chyba się do tego nie nadaję...
- Każdy się do tego nadaje - Jean zaśmiał się, gładząc go teraz po ramieniu. - Mi też za pierwszym razem nie poszło najlepiej - dodał, zabierając chłopakowi blanta.
- Wiesz, życie nie jest mi niemiłe i wolałbym się nie udusić w jakimś schowku - powiedział z wyrzutem, na co Jean dmuchnął mu dymem prosto w twarz. Marco kichnął, rozganiając powietrze przed twarzą. - Debil.
- Przestań narzekać i słuchaj się mnie - zarządził władczo i ponownie wcisnął chłopakowi używkę w ręce, tym razem dbając o to, by trzymał ją w odpowiedni sposób. - Zaciągnij się, oddychaj nosem, ale spokojnie - powiedział cicho, niemalże szeptem, a Marco posłuchał się go. - Przytrzymaj w płucach, nie wypuszczaj... Tak, dokładnie tak. - Kirstein obserwował Marco z błogim uśmiechem na ustach i ręką opartą na jego ramieniu. Czuł się, jakby łamał jaką barierę intymności, o której nawet istnieniu sprawy sobie nawet nie zdawał. - A teraz wypuszczaj. Powoli, bez pośpiechu... Widzisz? Wszystko w porządku.
Bodt zamrugał zdziwiony, że Jean miał racje. Przyjemne uczucie, które pewnie miało więcej wspólnego z samym paleniem narkotyku, niż z jego działaniem, rozchodziło się po jego ciele.
Od tamtego momentu poszło już gładko. Palili na przemian, głównie w ciszy, czasem rozmawiając o jakichś pierdołach i śmiejąc się w głos. Jean znowu czuł się jak na studiach, które były najlepszym okresem w jego życiu, a Marco po raz pierwszy odniósł wrażenie, że naprawdę jest nastolatkiem, choć te lata minęły bezpowrotnie. Siedząc tak obok siebie, ledwo dotykając się ramionami i paląc zielsko oboje pomyśleli, że to właśnie w swoim towarzystwie odnaleźli właściwe miejsce na świecie, nawet jeśli sytuacja była nieco absurdalna.
- Myślisz, że ktoś za nami zatęsknił? - zapytał Marco, samodzielnie odpalając trzeciego skręta. Palenie dalej nie szło mu najlepiej, ale chociaż już się nie krztusił.
- Nie obchodzi mnie to. Ważne, że ja za nimi nie tęsknie - prychnął Jean, opierając policzek na ramieniu piegusa. Bodt obejmował go ramieniem, trzymając rękę po drugiej stronie jego głowy. Jego myśli ponownie skupiły się wokół osoby Marco i tego, jak beznadziejnie jest zakochany, doprowadzając go przez to do szaleństwa. Tym razem artysty nic nie hamowało, trzeźwy rozum zaginął dobrą godzinę temu. Opuszkami nieśmiało dotknął dłoni Marco, która zadrżała pod wpływem dotyku, jednak nie zabrał ręki. Kirstein, czując narastającą pewność siebie, splótł ich palce.
Trwali tak przez krótką chwilę w bezruchu, słuchając swoich oddechów, dopóki piegus nie popatrzył na przyjaciela zamglonym wzrokiem. Blondyn czując ruch, uniósł głowę, robiąc dokładnie to samo. Próbował zachować spokój, a przynajmniej jego pozory, na co nie pozwoliło mu tak okropnie bolesne uczucie w klatce piersiowej. Spoglądając mu w ten sposób w oczy, poczuł jak cały świat zawirował.
Wówczas wszytko potoczyło się szybko, Jean nawet nie zdążył się zawahać. Niewielki dystans między ich twarzami zniknął całkowicie, gdy Marco pochylił głowę, złączając ich usta. Jego język najpierw nieśmiało, pieszczotliwie wodził po wargach blondyna, a potem delikatnie wsunął się między nie. Niedopalony skręt upadł na podłogę. Jean czuł ciepły oddech z jego nozdrzy na swoim policzku i pragnące wyrwać się z piersi serce. Niepewnie, zacisnął drżące dłonie na materiale koszuli chłopaka i zamknął oczy.
Cichy głos w jego głowie kazał uciekać, póki jest jeszcze w stanie poruszyć się o własnych siłach, jednak zagłuszały go okrzyki szczęścia i podniecenia. Całkowicie poddawał się chwilowej przyjemności, nawet jeśli już wiedział, że nie jest ona tego warta. Te kilkanaście sekund zniszczy ich przyjaźń, nie ma innej opcji. W tym momencie nie potrafił jednak skupić się na tych myślach, a tym bardziej zmusić do odepchnięcia bruneta. Liczyła się tylko bliskość drugiego ciała, której pragnął tak długo, smak ust Marco i dotyk jego dłoni bawiącej się włosami na karku. Kirstein tonął w doznaniach i przyjemności, która całkowicie odebrała mu zdolność racjonalnego myślenia.
Cienka stróżka śliny zawisła między ich ustami, gdy w końcu oderwali się od siebie, łapczywie łapiąc powietrze. Oboje mieli mocno zaciśnięte powieki, które jako pierwszy zdecydował się otworzyć Jean. Odsunął się odrobinę, jako że nadal stykali się nosami, a on chciał zobaczyć piękny widok, jakim była twarz Marco - rozluźnione rysy twarzy, zarumienione policzki i uchylone usta, które aż poczerwieniały od pocałunku. Kirstein aż zachłysnął się powietrzem. Kciukiem ostrożnie przejechał po dolnej wardze chłopaka, ścierając z niej resztkę śliny. Wówczas Marco otworzył oczy.
Jean nie wiedział, czego się spodziewał, ale na pewno nie tego. Źrenice Marco były rozszerzone w przerażeniu i szoku. Wpatrywał się w blondyna pustym wzrokiem zastraszonego zwierzątka. Zimny dreszcz przebiegł artyście wzdłuż kręgosłupa.
- Marco... - powiedział jego imię, choć nie był pewny, czy wydał z siebie jakikolwiek dźwięk.
- Przepraszam - Bodt wszedł mu w pół słowa, odsuwając się, co wprawiło Jeana w jeszcze większe zakłopotanie. - N-Naprawdę p-przepraszam.
Artysta patrzył tylko, nie będąc zdolnym do żadnej reakcji, jak Marco wstaje, podtrzymując się ściany, jakby nie ufał swoim własnym nogom. Nawet nie zarejestrował momentu, w którym tamten wybiegł z pomieszczenia, zostawiając go całkiem samego na zimnej posadzce. 

_
Czy ten rozdział wynagrodzi Wam moje półtoramiesięczne opierdalanie się? I hope so. Jestem z niego kurewsko dumna, siedział mi w głowie odkąd zaczęłam pisać HOM i wyszedł mi lepiej, niż kiedykolwiek przypuszczałam, że wyjdzie. Kochajcie mnie. 

(Specjalne buziaczki dla Hadi za motywację 10/10. )

Jakby ktoś się zastanawiał, jak ubrani byli moi chłopcy: :* Jean Marco *:・゚Oba obrazki należą do Johanny.
Szablon własny. Nagłówek ⓒ Shynii